Wybory 2010
Urodziłem się …
Urodziłem się 15 listopada 1958 r. w wybudowanym przez moich rodziców domu na przedmieściach Hancewicz, miasta leżącego na Polesiu na byłych kresach wschodnich Rzeczypospolitej, nieopodal Baranowicz. Moi rodzice byli nauczycielami. Mama Bogumiła z domu Pawłowska uczyła języka rosyjskiego, a tata był dyrektorem szkoły i uczył fizyki i matematyki. Ze strony taty moim dziadkiem był Włodzimierz Tyszkiewicz, a babcią Olga von Bass. Babcia pochodziła ze szlachty niemieckiej sprowadzonej na teren Rosji dla rozbudowy ówczesnej gospodarki. Posługiwała się głównie językiem niemieckim, dlatego mój kontakt z nią był słaby. Dziadek zmarł zanim przyszedłem na świat. Ze strony mamy moim dziadkiem był Bronisław Pawłowski, a babcią Maria Huk pochodząca z przedwojennych polskich ziem zachodniej Ukrainy. Cała moja rodzina pod koniec lat 50-tych w ramach repatriacji przeniosła się do Polski i osiedliła najpierw w Chełmku koło Lubięcina, by po śmierci dziadka przenieść się do Nowej Soli.
Tuż przed ukończeniem przeze mnie 5-ciu lat, w 1963 roku po długiej i ciężkiej chorobie zmarł mój ojciec. Mama wraz z dwójką małych dzieci pozostawiona została sama sobie na swojej ziemi, ale w obcym kraju. Po śmierci ojca w roku 1967 wraz z ostatnią falą repatriantów, za rodziną przyjechaliśmy najpierw do Sochaczewa pod Warszawą, a potem do Nowej Soli, z którym to miastem po dziś dzień związałem swój los. Tu mieszka moja rodzina. Tu mieszkają moi przyjaciele, znajomi, koledzy z ulicy, sąsiedzi. Tu się wychowałem i mieszkam od 43 lat.
Po przyjeździe do Nowej Soli w 1967 roku, w trudnych czasach realnego socjalizmu w Polsce musieliśmy znaleźć swoje miejsce na ziemi. Wraz z mamą i siostrą zamieszkaliśmy najpierw „kątem” u brata mamy, Edwarda Pawłowskiego na ul. Zjednoczenia, poczym otrzymaliśmy mieszkanie na ul. Wojska Polskiego obok sklepu meblowego. Mama znalazła pracę jako wychowawczyni w świetlicy dworcowej, po czym pracowała jako nauczycielka języka rosyjskiego najpierw w „Elektryku”, a potem do końca w „Spożywczaku”.
Ja wraz z siostrą rozpocząłem naukę w SP 7.
Szkoła podstawowa to trochę nauki i tak naprawdę beztroskie dzieciństwo. Moim pierwszym wychowawcą w „siódemce” był Pan Andrzej Bezulski, a po nim Pani Teresa Balicka. W pewnym sensie też wychowywała mnie ulica Zjednoczenia. Moich kolegów „z ulicy” do dziś wspominam z wielkim sentymentem. Dorastałem wraz z Witkiem, Siwym, Bogdanem i wieloma innymi przyjaciółmi. Różnie się im w życiu powiodło, ale zawsze ich traktuje jak niezapomnianych współtowarzyszy mojego dzieciństwa. Spędzając czas na różnych figlach, wraz z kolegami graliśmy w piłkę na podwórkowym boisku (obecnie ugór zarośnięty chwastami), trenowaliśmy boks w „Lnie” na ul. Topolowej (do dziś czuję zapach potu wylanego w sali treningowej), lekką atletykę na stadionie „Ogólniaka” (rzucałem dyskiem), kajaki czy biegi przełajowe. Wielkich osiągnięć sportowych nie osiągnąłem, choć dzięki uprawianiu wielu dyscyplin sportu nauczyłem się uporu w dążeniu do celu.
Mama dla zapewnienia nam środków do życia pracowała ponad siły nierzadko po kilkanaście godzin na dobę najpierw w świetlicy dworcowej, potem jako nauczycielka w „Elektryku” i „Spożywczaku”, a po południu jako wychowawczyni w internatach tych szkół.
Po ukończeniu „siódemki” w 1973 roku rozpocząłem naukę w „Odlewniaku” w klasie Obróbki Skrawaniem. Z wielkim sentymentem wspominam okres szkoły średniej i nowosolski „Odlewniak”. Do dziś spotykam się z moimi szkolnymi kolegami z klasy. Moim pierwszym wychowawcą był Edward Jabłoński, a ostatnim, budzący postrach wśród mających kłopot z przedmiotami ścisłymi, niezapomniany profesor matematyki Mieczysław Łaskawski. Oprócz nauki, z którą w pierwszych klasach technikum średnio sobie radziłem, był czas i na rozrywkę. Grałem na perkusji w szkolnym zespole, przejmując w schedzie sprzęt muzyczny po Solanach i ich następcach. Do pierwszego półrocza trzeciej klasy uczyłem się miernie. Więcej czasu spędzałem na ulicy niż przy książkach.
Przełomowym momentem zarówno w nauce jak i w moim życiu była długa rozmowa z moją mamą, która uświadomiła mi, że bez wykształcenia nic w życiu nie osiągnę. Zmobilizowany, zabrałem się za naukę. Choć przez pierwsze 3 lata „Odlewniaka” uczyłem się miernie, to po mobilizacji przez mamę, ukończyłem 4-tą klasę tylko z jedną czwórką (reszta piątki) i maturalną klasę na samych piątkach. W 1978 r. zdałem maturę, obroniłem na piątkę dyplom i za wyniki w nauce zostałem wyróżniony najwyższym ówczesnym odznaczeniem uczniowskim, czyli „Złotą Tarczą z Laurem”.
Za dalszą wiedzą postanowiłem wyruszyć za siostrą (wówczas studentka Szkoły Głównej Planowania i Statystyki) do odległej stolicy. Po długich namysłach wybrałem Politechnikę Warszawską. W październiku 1978 rozpocząłem naukę na wydziale Mechaniki Precyzyjnej, obecnie Mechatroniki. Zamieszkałem w sześcioosobowym pokoju w akademiku zwanym bunkrem na Pl. Narutowicza.
21 października 1978 r., kiedy miałem 19 lat, w drugim miesiącu tuż po rozpoczęciu nauki w stolicy, kiedy przygotowywałem się do pierwszych trudnych egzaminów, zmarła najbliższa mi osoba, moja ukochana mama. Zostaliśmy z siostrą sami w odległej Warszawie, ja na pierwszym semestrze Politechniki, siostra Halina na trzecim roku SGPiS. Moja mama była dla mnie najwyższym autorytetem, najlepszą matką, wspaniałym pedagogiem i wychowawcą młodzieży, nagrodzoną wieloma odznaczeniami i wyróżnieniami. Moja mama żyje do dziś w moim sercu i sercach wielu ludzi.
Śmierć mamy, z którą byłem bardzo, bardzo uczuciowo związany, przeżyłem wyjątkowo mocno. Przez kolejnych kilka miesięcy żyłem jak w letargu. Sam nie wiem jak udało mi się zdać egzaminy pierwszego semestru. Miałem 19 lat i byłem zdany sam na siebie, bez rodziców, daleko od domu, rodziny i przyjaciół, w odległej Warszawie. Wsparciem była jedynie siostra. Nie było łatwo. Utrzymanie się na tak renomowanej uczelni, wymagało ode mnie ciężkiej pracy i wielu wyrzeczeń. Poznałem smak głodu i biedy. Wiem co znaczy samotność.
Naukę musiałem godzić z pracą fizyczną, pracując w spółdzielni studenckiej, głównie w Telewizji Polskiej na ul. Woronicza 17, gdzie byłem „specjalistą” od mycia okien i szorowania posadzek w studiach filmowych. Zarabiałem również dzięki statystowaniu w filmach, m. in. w „Człowieku z żelaza” Andrzeja Wajdy, co było dla mnie niezapomnianym przeżyciem. Dorabiałem też jako kasjer na dyskotekach w studenckim klubie Alfa wraz m.in. z późniejszą gwiazdą telewizji, Markiem Sierockim. Na trzecim roku studiów ożeniłem się, a w roku 1982 urodziła się moja córka Karolina. W 1981 r. postanowiłem zrobić sobie rok przerwy w nauce dla podratowania budżetu, przerwałem studia biorąc tzw. urlop dziekański i „za chlebem” wyjechałem „za żelazną kurtynę” do Austrii. W pięknym Wiedniu ciężko pracowałem na budowach. Powróciłem do Polski niedługo po wprowadzeniem stanu wojennego. Moi koledzy ze studiów, z którymi przyjechałem do Wiednia, nie powrócili do Polski Jaruzelskiego i rozjechali się po świecie. Jedni trafili do RPA inni do Australii, tak jak Marek Czajkowski, mój przyjaciel z pokoju w warszawskim akademiku.
W 1984 r. obroniłem dyplom w specjalności: urządzenia i aparatura precyzyjna. Moim promotorem był twórca wydziału Mechaniki Precyzyjnej, prof. dr. hab. inż. Władysław Tryliński, syn wielkiej sławy przedwojennego naukowca i inżyniera Władysława Trylińskiego- ojca (budowniczy dróg i mostów, wynalazca tzw. trylinki).
Po obronie pracy dyplomowej i po uzyskaniu tytułu magistra inżyniera, powróciłem do Nowej Soli i rozpocząłem pracę jako konstruktor w Ośrodku Badawczo Rozwojowym Metrologii Elektrycznej „Mera-Lumel” w Zielonej Górze pod okiem wybitnego konstruktora dr Janusza Mroza. Potem rok wojska ze szkółką podchorążych w Głogowie i służbą w artylerii w Żarach. Wiosną 1986 r. powróciłem po wojsku do pracy w Lumelu.
Podjąłem próbę przymierzenia się do napisania pracy doktorskiej. Jednak szybko musiałem z planów naukowych zrezygnować. Praca w państwowej, choć szacownej firmie, dawała mi jako młodemu konstruktorowi głównie satysfakcję. Nie miałem perspektyw na poprawę swojego bytu zarabiając około 1200 zł miesięcznie.
W 1986 roku moi koledzy z Warszawy namówili mnie, żeby otworzyć własny biznes w branży informatycznej tworząc swojego rodzaju przyczółek w Zielonej Górze. Były to czasy premiera Rakowskiego i chyba najlepsze warunki dla rozwoju prywatnego biznesu. We wrześniu rozpocząłem własną działalność gospodarczą pod nazwą „Vadim- Soft” w mieszkaniu na oś. XXX-lecia w Nowej Soli. W tamtych czasach nie było pojęcia praw autorskich, dlatego w dużej mierze informatyzacja kraju rozpoczynała się od kopiowania i przerabiania zachodnich programów, na których pierwsze kroki w kierunku informatyzacji stawiały nawet urzędy państwowe na czele z milicją.
Tak więc zacząłem najpierw od handlu przywożonym z Warszawy oprogramowaniem i sprzętem komputerowym na czele z takimi legendami komputeryzacji jak ZX Spectrum, Atari czy Commodore. Szło mi całkiem nieźle, choć kosztowało mnie to wiele zdrowia.
Pracowałem wtedy od 7 do 15 w zielonogórskim Ośrodku Badawczo Rozwojowym, a po 15 już jako prywatny przedsiębiorca Z plecakiem i dwiema walizkami pełnymi sprzętu jechałem pociągiem o 6 rano z Nowej Soli do Zielonej Góry i pracowałem jako konstruktor coraz częściej przysypiając nad deską kreślarską w OBR Lumel, żeby po godzinie 15 dotrzeć na ul. Mariacką nieopodal ratusza i rozkładając sprzęt na 2 metrach kwadratowych wynajętych w sklepie z galanterią i odzieżą, handlować sprzętem i świadczyć usługi informatyczne. Po godzinie 20 wracałem do Nowej Soli i do godziny pierwszej czy drugiej w nocy realizowałem zamówienia w stworzonym w domu studiu komputerowym. Cała firma mieściła się w plecaku i dwóch walizkach. Soboty i niedziele spędzałem na warszawskiej giełdzie. W takim reżimie pracy wytrzymałem ponad rok.
W roku 1987, po 2 latach ciężkiej pracy na „dwóch” etatach w państwowej i prywatnej firmie, postanowiłem zrezygnować z kariery naukowej i inżynierskiej, kończąc pracę w OBR Lumel, skupiając się na własnej działalności gospodarczej.
Od tego czasu założona przeze mnie firma pod nazwą Centrum Komputerowe Vadim zaczęła dynamicznie się rozwijać. Początkowo firma była nastawiona na obsługę użytkowników komputerów domowych takich jak Spectrum, Atari czy Commodore.
Klientów przybywało, dlatego po roku zmieniłem lokal na większy i samodzielny przy Al. Niepodległości 12, zatrudniłem pierwszych pracowników. Wielu z nich, stawiając pierwsze kroki w firmie Vadim, zrobiło później błyskotliwą karierę jak choćby Artur Smorga, były dyrektor Marketingu Sun Microsystems Poland, a obecnie dyrektor marketingu ds. małych i średnich przedsiębiorstw w Microsoft Polska. Były to bez wątpienia ciekawe czasy, kiedy to z wielkim zapałem krzewiliśmy informatyzację w Zielonej Górze.
W 1988 roku urodził się mój syn Konrad.
Ja kursowałem czasami po kilka razy w tygodniu pomiędzy Zieloną Góra, a Warszawą. Ale dzięki temu firma rosła w siłę. W roku 1991 przenieśliśmy się do nowej siedziby o powierzchni 170 m2 w centrum Zielonej Góry przy ul. Kupieckiej 28, po byłym „Orbisie”, tworząc jeden z największych na tamte czasy salonów komputerowych w Polsce. Zaczęliśmy montować pierwsze PC-ty. W oddziale firmy w pałacyku w Starym Kisielinie (obecnie UZ) montowaliśmy na początku miesięcznie kilkanaście, a potem kilkadziesiąt komputerów pod nazwą Vadim Computer System (wyższa półka) oraz Mix Electoronics (niższa półka). W późniejszym okresie oprócz sprzedaży „składaków” firma Vadim była autoryzowanym dystrybutorem wielu renomowanych producentów komputerów, w tym amerykańskiej firmy Compaq.
Tworzyłem też kolejne oddziały firmy Vadim w takich miastach jak Głogów (w budynku dworca PKS) czy Świebodzin. Najdłużej oddział firmy działał w Warszawie. Najpierw na początku lat 90-tych na ul. Puławskiej, a od roku 1997 na ul. Madalińskiego 57 na bliskim mi Mokotowie (nieopodal wydziału Mechaniki Precyzyjnej Politechniki Warszawskiej). Na ul. Puławskiej firma mieściła się w wynajętym mieszkaniu, przez które przerzuciliśmy tony sprzętu komputerowego i tysiące monitorów, które wraz z pracownikami musieliśmy własnymi rękami wtaszczać na pierwsze piętro. Dwa razy włamano się do firmy, ale niestety policja nie wykrył sprawców. Warszawa pod tym względem to miasto szczególne. Właśnie w stolicy wiele razy okradziono nasze firmowe auta i ukradziono nam 3 samochody, dwa Polonezy traki i ciężarowego Forda.
W 1991 roku kupiłem dom na ul. Sienkiewicza w Nowej Soli. Była to poniemiecka budowla, po wojnie zamieszkała przez lekarzy z pobliskiego szpitala stacjonujących na tych terenach wojsk armii radzieckiej. Zakup domu był początkiem inwestycji. Musiałem niemal całkowicie go przebudować i wyremontować, żeby stworzyć warunki do zamieszkania w nim.
W 1993 roku powtórnie się ożeniłem. Moja żona Agnieszka zajęła się prowadzeniem domu, kiedy ja mogłem skupić się na zarządzaniu firmą. Często razem wyjeżdżaliśmy do Warszawy, gdzie przez wiele lat wynajmowaliśmy duże mieszkanie.
W 1994 roku urodziła nam się nasza córka Klaudia.
W 1992 r. w mojej firmie Vadim stworzyłem nowy dział oprogramowania, w którym w szczytowym momencie było zatrudnionych kilkunastu programistów. Siedziba mieściła się w Zielonej Górze na ul. Obrońców Śląskich. Przez ten dział firmy Vadim przewinęło się wielu wspaniałych ludzi, którzy później stanowili trzon kadry w takich renomowanych firmach jak ADB, Rektor czy Max Elektronik. Wtedy też rozpoczęliśmy realizację ambitnych projektów softwarowych. Od momentu zatrudnienia w firmie Jerzego Radzimowskiego, genialnego programisty zwanego przez nas przewrotnie „Trzecim” (programistą świata), twórcy programu graficznego „Leonardo” przeznaczonego gównie do ówczesnych czarnobiałych skanerów, rozpoczęliśmy prace nad kilkoma nowymi ciekawymi projektami. Grupa programistów na czele z Jurkiem rozpoczęła prace nad programem „Van Gogh for Windows”. Był to pierwszy w Polsce, a i unikalny w tym czasie na świecie, program do tworzenia grafiki przestrzennej 3D, wykorzystujący techniki renderingu i raytracingu komputerowego. Z jeszcze nie ukończonym „Van Gogiem” pojechaliśmy na targi w Hanowerze, gdzie wzbudziliśmy duże zainteresowanie międzynarodowych ekspertów. Nasze stoisko, wykazując duże zainteresowanie naszym programem, odwiedził ówczesny wiceprezes Corela, światowego lidera w dziedzinie oprogramowania graficznego. Na największych na świecie targach komputerowych „Cebit” w 1993 roku nasz program zrobił furorę. Przy okazji na stoisku wystawienniczym firmy „Vadim” odbyła się konferencja prasowa Hanny Suchockiej, ówczesnej premier rządu RP. Na targach tych nawiązaliśmy też pierwszy kontakt z firmą ADI, tajwańskim producentem wysokiej klasy monitorów komputerowych z serii Microscan.
Sukces, splendor i zainteresowanie na Cebicie nie przełożyły się jednak na podpisane kontrakty. Sami byliśmy zbyt słabi, żeby konkurować z takimi światowymi potęgami jak Corel czy podobnymi produktami jak „3D Studio” firmy Micrografics. Stanęliśmy więc przed trudną decyzją zaprzestania prac nad „Van Goghiem” i wejściem w tzw. „półkowe” oprogramowanie komercyjne. Odłożyliśmy więc „Van Gogha” do przysłowiowej szuflady i zabraliśmy się za „Wokulskiego”, czyli wtedy pierwszy w Polsce program dla Windows do zarządzania firmą (sprzedaż, magazyny, księgowość itd.). „Wokulski”, oprócz licznych nagród i zwycięstw w prestiżowych i fachowych ogólnopolskich rankingach, sprzedał się w kilku tysiącach egzemplarzy. Do dziś wiele firm w Polsce, mimo upływu lat, używa naszego „Wokulskiego”.
Targi, wyjazdy, promocje, rankingi i pochlebne artykuły prasowe zaskutkowały tym, że sprzedaż zaczęła rosnąć. Wielkim sukcesem było podpisanie kontraktu firmy Vadim z amerykańskim komputerowym koncernem Dell, na sprzedaż naszego „Wokulskiego” z komputerami tej szacownej firmy przeznaczonymi dla biznesu. Sprzedaż „Wokulskiego” rosła, ale też niestety coraz szybciej rosły koszty pracy nad nowym produktem, czyli nad wersją programu dla 32-bitowegoWindowsa. To był błąd. Zamiast rozwijać wersję 16-bitową, chcieliśmy zdecydowanie wyprzedzić konkurencję i twórców takich programów jak Symfonia firmy Altkom Matrix. Nie daliśmy rady warszawskiemu potentatowi, choć w wielu rankingach i ocenach prasy fachowej, byliśmy lepsi. Po wielu latach ambitnych zmagań na rynku twórców oprogramowania firma Vadim zakończyła tę ciekawą choć kosztowną przygodę, skupiając się na dystrybucji sprzętu i serwisie komputerowym.
Głównymi naszymi klientami w Zielonej Górze w tym czasie byli: Politechnika Zielonogórska, Wyższa Szkoła Pedagogiczna czy Radio Zachód. Zaopatrywaliśmy szkoły i instytucje publiczne takie jak Urząd Wojewódzki czy samorządowe Kolegium Odwoławcze. Serwisowaliśmy banki, w tym Bank Przemysłowo Handlowy. W Polsce największym naszym odbiorcą była Policja, której wszystkie odziały w Polsce były zaopatrzone przez nas w monitory ADI. Rocznie do klientów indywidualnych z firmy Vadim trafiały setki komputerów oraz tysiące najróżniejszego sprzętu komputerowego.
Ciekawym osobistym doświadczeniem w tym czasie była też moja współpraca z Radiem Zachód. Przez kilka lat połowy lat 90-tych wraz z dziś wybitnym reportażystą, Cezarym Galkiem, prowadziliśmy audycje poświęcone informatyce. Na antenie Radia Zachód opowiadałem o nowościach ze świata gier i ogólnie pojętej informatyki.
W tym czasie firma Vadim zwiększała z roku na rok sprzedaż i udział w rynku, plasując się w pierwszej setce polskich firm informatycznych. W 1994 r. ruszyłem w świat w poszukiwaniu partnerów. Podróżując w interesach zwiedziłem niemal całą Europę, Afrykę, Azję, w tym takie kraje jak Filipiny, Singapur, Malezję, Indonezję, Tajlandię, Taiwan, Chiny i wiele innych. Efektem tych poszukiwań było m.in. podpisanie kontraktu na wyłączną autoryzowaną dystrybucję na terenie Polski produktów Tajwańskiej firmy ADI (Adwanced Datum Information), trzeciego na świecie producenta monitorów komputerowych.
Z roku na rok następował wzrost sprzedaży monitorów, która osiągnęła w szczytowym okresie poziom 2500 sztuk miesięcznie, plasując firmę Vadim na 7 miejscu dystrybutorów w Polsce. Dzięki naszemu wielkiemu zaangażowaniu i poświęceniu, nikomu nieznana marka ADI, znalazła się w gronie najbardziej docenianych produktów w kraju. Zdobywaliśmy nagrody, dyplomy, wyróżnienia m.in. Złoty Medal Międzynarodowych Targów Poznańskich „Infosystem” ’96, CHIP TIP ’96, ’98 x2, PC World Computer ’98, PC Magazine ’98, Komputer Świat ’99, znak jakości GFX ’99 i wiele innych.
Firma Vadim uzyskała certyfikaty i licencje m.in. takich firm jak: Microsoft, Intel, Toshiba, Nec, Corel, Symantec, Novell i wielu innych. Przez wiele lat firma Vadim utrzymywała status „Największej Firmy Informatycznej” województwa lubuskiego (rankingi Computer World i Teleinfo). Osiągnięcie takich sukcesów wiązało się z wieloma wyrzeczeniami i ciężką pracą. Każdego roku firma Vadim organizowała prezentacje, konferencje prasowe, ekspozycje na targach i wystawach m.in. Expo, Infosystem, Softarg. W szczytowym okresie w firmie zatrudnionych było ok. 45 osób.
W międzyczasie utworzyliśmy odział w Warszawie obsługujący centralną i wschodnią Polskę. W centrum Zielonej Góry powstała nowoczesna siedziba firmy o powierzchni 700 m2.
W 1999 roku w centrum Zielonej Góry przy ul. Kupieckiej 28 otworzyłem pod nazwą Centrum Internetowe Vadim-Nemo pierwszą w mieście kawiarnię internetową z prawdziwego zdarzenia. W piwnicy pod salonem komputerowym, gdzie jeszcze do niedawna był zsyp węgla, powstał lokal ze wszechmiar nowoczesny, klimatyzowany, doskonale wyposażony z kilkunastoma stanowiskami komputerowymi z dostępem do Internetu i świadczonymi na miejscu usługami informatycznymi. Zaczęliśmy tworzyć profesjonalne strony internetowe dla klientów indywidualnych i instytucjonalnych. Coraz lepiej rozwijała się usługa hostingu.
Na początku nowego wieku zaczęła następować jednak zmiana struktury rynku informatycznego w Polsce i odczuliśmy znaczący spadek sprzedaży w firmie Vadim. Musiało to skutkować ograniczeniem zatrudnienia w firmie i skupieniem się głównie na rynku zielonogórskim. W roku 2001 postanowiłem zlikwidować oddział w Warszawie sprzedając moje 100% udziałów w spółce Vadim-Wa. W roku 2002 w firmie Vadim było zatrudnionych już tylko kilkanaście osób.
Od początku istnienia firma Vadim była zarejestrowana w Nowej Soli i tu płaciłem podatki (firma przez 16 lat swojej działalności do jej likwidacji nigdy nie zalegała z podatkami w Urzędzie Skarbowym czy ZUS-ie). W ciągu 16 lat działalności znacząco przyczyniłem się do procesu informatyzacji, zajmując się produkcją (kilkadziesiąt tysięcy komputerów, Wokulski), sprzedażą sprzętu komputerowego i oprogramowania, usługami (serwis, szkolenia, instalacje).
Firma Vadim przez wiele lat udzielała wsparcia finansowego, technicznego i informatycznego wielu instytucjom, szkołom, stowarzyszeniom czy przedsięwzięciom (Olimpiady Informatyczne, obsługa informatyczna „Przystanku Woodstok”) itd. Wspierałem też przez wiele lat sport. Jarosław Szymkowiak sponsorowany przez firmę Vadim w 1992 roku zdobył wice mistrzostwo Polski na żużlu. Firma Vadim, była jednym z głównych sponsorów kilku edycji Mistrzostw Świata w akrobatyce sportowej.
W ostatnich kilku latach funkcjonowania firmy, aktywnie zaangażowałem się w sprawy Nowej Soli. Przyczyniłem się do reaktywowania Nowosolskiego Sejmiku Gospodarczego, organizując m.in. debaty i spotkania, pełniąc funkcję wice marszałka. Dla integracji środowiska sportowego zorganizowałem Nowosolskie Forum Sportowe. Przez wiele lat byłem związany z MKP „Arka” Nowa Sól, zarówno jako członek zarządu, jak i aktywny działacz i sympatyk. Wspierałem finansowo klub, współorganizując obozy sportowe, festyny, zakupy sprzętu sportowego itd. Utrzymywałem ciągły bliski kontakt z dziećmi i młodzieżą, wspierając działalność klubu zarówno organizacyjnie jak też finansowo. Młodzi piłkarze do dziś biegają z logo firmy Vadim na koszulkach i dresach.
Przez blisko dwie kadencje pełniłem funkcję wice przewodniczącego Organizacji Pracodawców Ziemi Lubuskiej, skupiającej największe firmy województwa lubuskiego. Byłem członkiem zarządu Polsko- Niemieckiego Stowarzyszenia Kształcenia Kadr Gospodarki.
Jako przedsiębiorca przez lata angażowałem się w wiele spontanicznych inicjatyw społecznych zarówno w Nowej Soli jak i w Zielonej Górze.
W 2002 roku byłem współzałożycielem w Zielonej Górze stowarzyszenia „Moje Miasto”, poprzez które wprowadziliśmy do Rady Miasta dwóch naszych przedstawicieli.
W Nowej Soli w 2002 roku wraz z grupką ludzi pragnących zmian w mieście powołaliśmy stowarzyszenie Nowosolski Sojusz Niezależnych.
W tym okresie mogłem bardziej zaangażować się w działalność społeczną, gdyż firma Vadim ograniczała już swoją działalność. Rynek informatyczny zaczął się zmieniać. Do Polski weszły potężne światowe koncerny informatyczne. Lokalnej zielonogórskiej firmie Vadim coraz trudniej było konkurować choćby w dystrybucji monitorów z takimi potęgami jak Sony, Philips czy Samsung. Do Polski i Zielonej Góry weszły wielkie sieci handlowe. Komputery zaczęły sprzedawać hipermarkety. Po wejściu do Zielonej Góry w latach 2000-2001 Tesco i Auchan obroty firmy w sprzedaży detalicznej spadły o około 30% przy spadających marżach, które nie pozwalały już utrzymywać serwisu na wysokim poziomie przy poprzednim stanie zatrudnienia. Klienci oczekiwali cen jak w hipermarkecie, a obsługi jak w starej firmie Vadim. Tych rzeczy nie dało się pogodzić. Obroty firmy zaczęły spadać z blisko 20 mln zł brutto w 1998 roku do nie co ponad 10 mln zł w 2001 roku. W 2002 roku musiałem podjąć decyzję, czy prowadzić dalej już niedużą lokalną firmę informatyczną, czy wejść na „nową drogę życia”.
Grupa osób skupiona wokół mnie zaproponowała mi start w wyborach prezydenckich w Nowej Soli. Niemal jednocześnie w 2002 roku szef Platformy Obywatelskiej, Jacek Bachalski, usilnie namawiał mnie do startu w wyborach na prezydenta Zielonej Góry. Jednak nieco wcześniej obiecałem moim przyjaciołom start w Nowej Soli i dlatego odmówiłem Jackowi.
W Nowej Soli stworzyliśmy mocną i zgraną grupę osób dążących do zmian w mieście. Nie ukrywam, że ważnym atutem była prowadzona przez małżeństwo Jabłońskich, Gazeta Nowosolska. Nie nastawiałem się mocno na zwycięstwo w wyborach, ale skoro się zdecydowałem na start, to chciałem wraz z moimi zwolennikami kampanię poprowadzić najlepiej jak potrafię.
I tak wygrałem wybory.
Zostałem prezydentem Miasta Nowa Sól. Był listopad 2002 roku ...



